Iran – Okolice Yazd

Yazd to wypadowe miejsce na pustynię. Hotele oferują wycieczki, bo okolice Yazd są naprawdę odjazdowe, a jeżeli ktoś ma samochód, może spokojnie zwiedzić wiele ciekawych miejsc. Zdjęcia w tej części pochodzą z dwóch naszych podróży do tego kraju.

Astrabad

Kilkanaście kilometrów za miastem trafiamy na ruiny Astrabad, miasteczka z którego ostatni mieszkańcy wyprowadzili się, gdy ok. 70 lat temu wyschło źródło wody.W ruinach hula wiatr i piasek, spotykamy tylko małe pieski, które gdzieś tu znalazły swoje miejsce na ziemi. Pies jest w Iranie zwierzęciem nieczystym i tępionym. Całkiem przeciwnie do na każdym kroku spotykanych i chołubionych kotów.Wśród ruin czasami znajdujemy jakieś pozostawione jeszcze rzeczy.

Widoczne wiatrołapy, czyli badgiry oraz szczyt kopuły. Ze względu na  wysokie temperatury domy były mocno wkopywane pod ziemię.

Meybod

     Jedziemy dalej, mijając księżycowe krajobrazy. Docieramy do miejscowości Meybod. To liczące sobie wiele tysięcy lat miasto, zbudowane jest w całości z gliniano-piaskowych cegieł.
Nad Meybod góruje zamek Narein. Najstarsza i najniższa część zamku licząca sobie ok. 6 tys lat została wykuta w skale. Na niej ok. 2 tys lat temu wybudowano drugi zamek już z cegieł. Obecny kształt nadany został ok. 700 lat temu poprzez nadbudowanie najwyżej położonej ceglanej części.
Z najwyższego punktu zamku rozpościera się piękny widok na Meybod i pustynię.

W mieście zwiedzamy muzeum poczty, rozbawiły nas umieszczone w nim liczne manekiny i atrapy koni.Tu dowiadujemy się ku naszemu ogromnemu zdziwieniu, że Persja miała doskonale zorganizowaną pocztę. Zaglądamy również do muzeum dywanów.W budynku siedzi pan, który na naszych oczach tka dywan. Eksponaty mają setki lat, najstarszy dywan miał ponad 1000 lat, widzieliśmy jeden z 1410 roku. Dywany są w bardzo dobrym stanie, można je dotkąć. Każdy dywan to historia rodu. Na każdym perskim dywanie jest data i żaden wzór nie jest przypadkowy. Zwłaszcza dywany nomadów to historia pokoleń. Są one węższe, bo w namiotach nie mieszczą się duże krosna.

W mieście jest też cylindryczny gołębnik, w którym były gniazda dla tysięcy ptaków, a odchody służyły jako nawóz do czasu wejścia w użycie nawozów organicznych.
Starodawna chłodnia miejska to kolejna atrakcja na naszym szlaku. Służyła Meybod przez setki lat. Zimą gromadzono tu lód z gór, a latem wszyscy mieszkańcy przetrzymywali tam swoje zapasy żywności.
Zwiedzamy też meczet i cmentarz, gdzie spoczywają przeważnie młodzi ludzi, którzy zginęli w wojnie irańsko-irackiej.

Zamek Narein
W muzeum dywanów

                                                              

                                                                                     

Lodówka

                                                                        

Wieże milczenia

Następnie kierujemy się na wschód i szybko wyjeżdżamy na pustynię. Po kilkunastu minutach docieramy do zoroastriańskich wież milczenia. To miejsca tradycyjnego pożegnania zmarłych. By nie skalać ognia, ciała zmarłych nie mogły być spalone, by nie skalać ziemi – nie mogły być w niej zakopane. Zwłoki zostawiano więc w pozycji siedzącej na kamiennej wieży, na którą przylatywały z pustyni sępy, by je rozszarpać. Kapłan przyglądał się, które oko najpierw zostało wydziobane: jeśli prawe, to duszę zmarłego czekało zbawienie, jeśli zaś lewe – przyszłość nie jawiła się najlepiej.Obecnie kondukty żałobne już nie chodzą na wzgórza. Wież nie używa się od trzech pokoleń, a ciała zmarłych są chowane na cmentarzu, w grubych betonowych trumnach, tak by nie miały kontaktu z ziemią.

Chak Chak

Ruszamy dalej, widzimy drogę, która skręca w prawo w kierunku niesamowitych gór. Jedziemy do Chak-Chak.To miejsce okazało się wyjątkowe. Asfaltową drogą jedziemy poprzez otoczoną górami pustynię . Chak Chak to najważniejsze miejsce pielgrzymek dla wyznawców zoroastrianizmu-sanktuarium położone na stromym, skalistym stoku. Już z daleka widać zieloną plamę wśród ostrych, brązowo-żółtych skał. Ostatni odcinek drogi należy pokonać stromymi, długimi i krętymi schodami. Spotkaliśmy tu tylko kilku irańskich turystów i osiołka. Całość przypominała nam popadły w ruinę ośrodek wczasów pracowniczych z czasów PRL-u.

Piękne, niezwykle surowe miejsce. Z góry rozciągają się zachwycające widoki. Chcieliśmy zobaczyć świątynię w środku. Zastaliśmy strażnika świątyni ognia-Shapura. Opłacilismy wstęp i dostaliśmy klucz od bramy. Świątynia jest niewielka, położona w skale, na środku pali się święty ogień. Ze skały skapują krople wody. Nazwa Chak Chak oznacza kap-kap. Dzięki tej wodzie jest tu troszeczkę zieleni. To miejsce zapełnia się wiernymi między 14 a 18 czerwca. Nie da się go zwiedzić po drodze do innej atrakcji, trzeba tu specjalnie przyjechać. Nie jeżdżą tu autobusy, trzeba wynająć taksówkę, lub przyjechać własnym samochodem.

Karanaq

Docieramy do kolejnego niezwykłego miejsca.To wioska Karanaq.Dzieli się na dwie części – współczesną, oraz zwiedzane podczas wycieczki ruiny. Same ruiny to super struktura, przypominająca termitierę. Żyło tu kilka tysięcy osób, najstarsze ślady osadnictwa sięgają 4 tysięcy lat wstecz.Wnętrze to labirynt pomieszczeń mieszkalnych, pasaży i uliczek. Wszędzie można wejść, pamiętając jednak, że są to niezabezpieczone ruiny. Ja tam mogę po dachach śmigać jak sarenka, Marek musi bardzo uważać.

Jest przepięknie, zaglądamy gdzie się da, wchodzimy na dachy. Miejsce jest zachwycające i wyobrażamy sobie, jak tu musi być pięknie o wschodzie lub zachodzie słońca. Kiedy byliśmy tu kilka lat temu, wynajęliśmy taksówkę. Nasz kierowca wyremontował jeden z sąsiadujących z ruinami domów na tyle, by można było w nim wypocząć i przygotować posiłek. My zwiedzamy ruiny, a on robi nam obiad. Tuż obok ruin wioski widowiskowo przebiega stary akwedukt. Cudną panoramę uzupełniają kwitnące drzewa pistacjowe, które widzę pierwszy raz w życiu.

Wracamy do domu, w którym czeka nasz kierowca, prowadzi nas do pokoju, robi herbatę, podaje obiad i nakazuje odpoczynek. Posiłek okazuje się rodzajem gulaszu z wielbłąda, może to i smaczne, ale tłuste jak diabli. Nie możemy tego przełknąć. Wymyślamy z Markiem akcję”wielbłąd”. Ja zgarniam całe moje danie do plastikowej torebki. Marek troszkę podziubał, ale jak zaczęłam mu opowiadać o żywym wielbłądzie, to stracił apetyt. Duszony wielbłąd z warzywami ląduje w reklamówce i zastanawiamy się, co z tym zrobić. Nie chcemy obrażać gospodarza, który to dla nas przygotował. Musimy gdzieś ukryć „wielbłąda.” Marek schodzi do ogrodu, gdzie odpoczywa kierowca i go zagaduje. Ja wydostaję się na drugą stronę domu, wynosząc reklamówkę. Naprzeciw stoi opuszczony dom, a w nim sporo śmieci i woreczków, zostawiam tam naszą wielbłądzinę w nadziei, że może zje je jakieś zwierzę.Udało się, a pan kierowca jest zadowolony, że wszystko zjedliśmy. To wspomnienie z pierwszej podróży, tym razem przyjechaliśmy samochodem, było znacznie chłodniej. Ruiny się nie zmieniły. Życie tu kwitło do czasu, aż zabrakło wody. Mieszkańcy przenieśli się do nowego osiedla z kanalizacją i elektrycznością.

Oaza Moqestan i pustynia

Chcemy tam dotrzeć przed zachodem słońca. Dojeżdżamy do maleńkiej oazy Moqestan. Wygląda to na osadę –widmo. Ale nie jest.Wiele tu opustoszałych budynków, a tylko kilka zamieszkałych, zielone palmy, owieczki i wielbłądy. Uśmiechnięci mieszkańcy i bardzo serdeczni. Jeden z nich zaprasza Marka do swojego domu, aby pokazać mu wielbłądy. Są i dzieci. Mały spacer po oazie, nad którą górują ruiny zamku, a w oddali posępna wielka skalista góra bez śladu roślinności. Ruszamy dalej i tuż za wioską wjeżdżamy w zupełne odludzie, mijamy szkielet jakiegoś zwierza, mam wrażenie, że to pozostałość po naszym wielbłądzie z obiadu.W oddali widzimy pustynne wydmy.Jedziemy jak najdalej się da, bierzemy aparaty i ruszamy przed siebie.Widoki są powalające, jest pięknie.Wieje pustynny wiatr, drobny piach wdziera się wszędzie, brniemy przed siebie, nie oglądając się wstecz. Ostrożnie planujemy naszą drogę, by uniknąć śladów stóp w miejscach, które chcemy dopiero sfotografować. Chciałoby się iść i iść bez końca, miejsce przyciąga jak magnes. Wokół nie ma żywego ducha, strasznie nam żal opuszczać to miejsce, przyglądamy się cudownemu zachodowi słońca. Na pustyni czułam się jak księżniczka nomadów. Suchy, gorący wiatr porywał mi szal. Piasek unosił się w powietrzu. Dzień kończył sie barwami baśni, a zaraz potem nadeszła atramentowa noc usiana dalekimi gwiazdami. W życiu bywają dni, które pamięta się po sam jego kres. Późnym wieczorem wracamy do hotelu.

Tags:

20
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Unknown
Gość

Bardzo fajne zdjecia i opisy. Warto zobaczyc i przeczytac

Kamil Gucwa
Gość

Zdjęcia zdecydowanie oddają klimat tego miejsca! Dzięki za tak obszerną relację 🙂

Małgorzata Pakuła
Gość

Irena, za każdym razem gdy wchodzę na waszego bloga, to jest doznanie estetyczne. Nie tylko za sprawą krajów jakie odwiedzacie, ale też dzięki zdjęciom. Po prostu kunszt.
Bardzo zaszokował mnie dawny zwyczaj niepalenia ciał zmarłych i niegrzebania. Za to wystawiania ciał na pastwę sępów. W sumie przeważnie kultury uznawały przynależność człowieka do ziemi, więc to mnie zaskakuje.
Gdzieś na dywanach dostrzegłam swastyki – i ponownie dochodzę do wniosku, że my faktycznie jako gatunek pochodzimy z jednego źródła, gdzie nawet symbolika jest jedna i ta sama nieważne w Korei, Macedonii, Sycylii czy Iranie. Pozdrawiam gorąco!

Marek
Gość

Nie wiem, czy "pochodzimy z jednego źródła" Małgorzato. To chyba zbyt daleko idący wniosek. Jednakże kultury, religie, cywilizacje przenikają się wzajemnie od najdawniejszych czasów. Symbol swastyki znany jest ludzkości od co najmniej 12 tys lat. Najstarszy dotychczas – wyryty na kości słoniowej znaleziony został na Ukrainie. Kilka z tych znaków odkryto w Serbii w neolitycznej kulturze Vinca, gdzie wyryte były około 8 tys lat temu. Znak oczywiście od tysiącleci stosowany był w Indiach i Azji Wschodniej, ale również w starożytnym Rzymie, we wczesnym chrześcijaństwie, wśród Wikingów, a nawet przez plemią Navajo. Takich symboli, obrzędów, czy elementów religii, które często myślimy,… Czytaj więcej »

indianadriana
Gość

Przepiękne zdjęcia, piękna podróż. Lubię czytać o Iranie.

Polegytravels
Gość

Zamek Narein przepiękny! Zupełnie inny niż zamki jakie znamy w Europie. A historia z mięsem z wielbłąda zabawna, chociaż wam nie było do śmiechu. Mnie samej by nie było i na pewno bym tego mięsa nie zjadła…

Karolina z Rudeiczarne.pl
Gość

I znowu mnie wzruszyliście. Nawet nie wiecie jak bardzo…Tak, wiem, już 1000x powtarzałam, że chcemy do Iranu i wiem, że tam dotrzemy, Ale…oglądam te Wasze cudowne zdjęcia, czytam te opowieści, zamykam oczy…i ja tam już jestem! Księżniczką na pustyni, tak jak Ty…Wiatr ściąga chustę, słońce i pustynny wiatr smaga po twarzy! Jak będziemy wreszcie jechać do Iranu – nie będę czytać żadnych przewodników, tylko robić notatki z Waszych wpisów! Tu jest wszystko! A do tego niesamowity kawał historii fascynującej cywilizacji…I portrety ludzi, które tak u Was kocham…A z Muzeum Dywanów Piotrek by mnie nie mógł wyciągnąć! 🙂Dziękuję za ten wpis!… Czytaj więcej »

Kamil
Gość

Super zdjęcia reporterskie w połączeniu z fajnym opowiadaniem tworzy wciągający wpis 😉 Może w końcu nas wywieje w tamte rejony 😀

Agata
Gość

Gratuluję wyprawy, zdjęcia prześliczne, szczególnie te z ludźmi. Mi się marzy wejść na najwyższy szczyt Iranu, Demavend.

Gabi,   odpodrozydopodrozy.pl
Gość

Jak zawsze wspaniała opowieść z przepieknymi zdjęciami. Bardzo bogata tematycznie relacja. Opuszczone klimatyczne miejsca z wiekową historią, cudowna zaczarowana architektura jak z krainy baśni, nieziemskie krajobrazy, no i jak zawsze wspaniałe portrety. Współczuję tylko przygody z poczęstunkiem. Swoją drogą wielbład na tłustego nie wygląda, zapewne gospodarz uraczył Was najlepszymi kąskami. A tu tacy niewdzięcznicy się trafili! i w reklamowkach wynosili he he, dobrze, że gospodarz tego nie widział, pozdrawiam Was

FotoWojaże
Gość

Super, że też fotografujecie mieszkańców, tam gdzie się poruszacie. Wyglądają na takich nieskażonych współczesną cywilizacją, w sensie pozytywnym. Z drugiej strony zadziwia mnie, jako Europejczyka, dlaczego na dobrą sprawę ludzie nadal zamieszkują tak nieprzystępne rejony planety.