Iran – Z wizytą u Clinta

Tym razem jedziemy na wschód kraju – w pobliże miejsca, w którym schodzą się granice Afganistanu, Pakistanu i Iranu, niedaleko miasta Zabol. Mieszka tam nasz znajomy , którego poznaliśmy będąc w Iranie 3 lata wcześniej – Ibrahim. Jego przyjaciele często nazywają go Clintem ze względu na podobieństwo do Clinta Eastwooda. Początkowo tego podobieństwa zupełnie nie dojrzeliśmy, ale w miarę czasu jak najbardziej tak.


Przed Zabol zapada zmrok. Do miasta wjeżdżamy już nocą, drogą gubiącą się w tumanach kurzu wzniecanego przez każdy jadący tędy pojazd. Miasto robi na nas fatalne wrażenie. Jest brudne, zatłoczone i wygląda na to, jakby koniec świata nastąpił nie dalej, niż parę godzin temu. Stąd musimy trafić do Clinta. Łatwo to powiedzieć, ale jego miejscowości nie ma na żadnych mapach, a my nawet nie wiemy w którym kierunku od Zabol musimy jechać. W mieście trafienie na kogoś mówiącego po angielsku jest trudniejsze, niż trafienie szóstki w toto lotka 3 razy z rzędu. Dodzwonienie się do Clinta również nie jest proste, gdyż sieć komórkowa w jego wiosce ma pokrycie w kratkę i akurat jego domu nie obejmuje.Wcześniej już prosiliśmy Clinta, by napisał nam swój adres w Farsi i wysłał emailem. Jednak zdecydowana większość miejscowych pojęcia nie ma gdzie to jest, a tym bardziej jak tam dojechać. No i tak jedziemy co chwilę usiłując zapytać o „namiary”. 30 km w 90 minut…ale dojechaliśmy 🙂

    Dom Clinta w zasadzie nie różni się zupełni niczym od tych, które budowano tu tysiące lat temu. Całość budowana z cegły z wysuszonej gliny pełni do pewnego stopnia funkcje obronne. Od strony zewnętrznej jest to  mur, który w niektórych miejscach pełni również role pogrubionej i pozbawionej okien ściany pomieszczeń użytkowych. Ze zdobyczy cywilizacji w domu jest instalacja elektryczna bardzo małej mocy, bieżąca woda i kanalizacja. W domu gotuje się albo w piecu opalanym zebranym chrustem, albo na turystycznej kuchence gazowej. A propos gotowania – u Clinta oczekuje nas kolacja – super zupka, która już znacznie wcześniej zamówiliśmy.

  W domu jest tylko Clint, jego siostra i siostrzeniec. Rodzice wyjechali do miasta na zakupy i wrócą następnego dnia. Reszta rodzeństwa ( a było ich 9) rozjechała się po Iranie. Ci biedni i prości ludzie ( mam na myśli rodziców Clinta) wychowali swoje dzieci tak, że cała dziewiątka albo ukończyła już wyższe uczelnie, albo ( jak widoczna na zdjęciach siostra) ciągle studiuje.
Nocą jeszcze pijemy herbatkę przy ognisku. Chętniej co prawda wypilibyśmy piwo, ale w tej części Iranu choćbyśmy stawali na głowie, to i tak byśmy go nie zdobyli.

    Rano odsypiamy zaległości. Nie chce nam się zbyt wcześnie wstawać. Dzień upływa leniwie na rozmowach, posiłkach i włóczeniu się po wiosce, w której jesteśmy chyba pierwszymi w historii turystami. Poznajemy też rodziców Clinta, którzy wrócili z Zabol przed południem.


Po południu jedziemy do jedynej w okolicach atrakcji. Ponieważ w przewodnikach nic na ten temat nie dało się wyczytać, ani w inny sposób informacji na ten temat nie otrzymaliśmy, musimy polegać na słowach Clinta, że jest to wzgórze na środku jeziora…ale jezioro jest okresowe i w tej chwili wyschnięte. Nie brzmi to zachęcająco – prawda? Jakoś więc się nam nie śpieszyło. Wreszcie jednak jedziemy. To zaledwie kilkanaście kilometrów, więc wiele nie ryzykujemy. Gdy zbliżamy się coraz bardziej otwierają nam się oczy. Wzgórze okazuje się skalistą górą wznoszącą się ponad okolice na jakieś 500 metrów, a więc wcale niemało.Jezioro wprawdzie suche ( jesteśmy zaledwie jakieś 2 tygodnie za wcześnie, by zaczęła tu spływać woda). Za to pod skałami widzimy jakieś stare ruiny. Są wprawdzie tablice informujące co to jest, jednak język angielski jakim są pisane jest dla nas zupełnie niezrozumiały. Wiemy tylko, że prawdopodobnie pochodzą z okresu gdy religią dominującą był tu zoroastrianizm, z czasów Sasanidów, czyli liczą sobie pomiędzy 1400, a 1800 lat. Czy jednak jest to prawdą? Nie było tu dotychczas żadnych prac archeologicznych, a jak dla nas ruiny wyglądają na znacznie starsze. Łazimy po ruinach – jak to zwykle w Iranie nie ma tu żadnych ograniczeń, lecz musimy uważać, by nie stanąć w miejscu, które mogłoby się zawalić. Jesteśmy na tyle oczarowani, że rankiem ponownie odwiedzamy to miejsce by mieć zdjęcia również i przy porannym świetle. Tymczasem jednak wyjeżdżamy autem ( jest tu wykuta w skałach droga) na szczyt wzgórza. Spotykamy tam piknikujących i grillujących Persów ( jest piątkowy wieczór, a więc dzień wolny). Wszyscy częstują nas szaszłykami ( nie moglibyśmy w Iranie umrzeć z głodu, ale z przejedzenia z pewnością tak), lokalnym chlebem i sałatkami. Echhh gdyby jeszcze wiedzieli jaką przyjemnością jest wypicie zimnego piwa do grillowanego szaszłyka…marzenie 🙂

    Na szczycie wzgórza jest mauzoleum jakiegoś miejscowego, muzułmańskiego świętego. Jest też tam druga część ruin, które zwiedzaliśmy na dole. Jednak są one położone nad przepaściami, a jest już ciemno, wiec rezygnujemy ze zwiedzania.
Wracamy do domu Clinta, tutaj rozmawiamy z rodziną, a nocą wybieramy się na grilla na pole rodziców , parę kilometrów za wioską.
Rano gdy tylko Marek wrócił z ponownych odwiedzin w ruinach , szybko jemy śniadanie i ruszamy w trasę do Kerman przez pustynię  Lut. Clint do Kerman jedzie razem z nami.

         Na nasze powitanie Clint ugotował pyszną zupkę,o którą wcześniej prosiliśmy.Warunki są tu niezwykle skromne. Posiłki przygotowuje się na piecu,opalanym chrustem , albo na turystycznej kuchence gazowej,a instalacja elektryczna jest bardzo małej mocy.Clint był w domu z siostrzeńcem.Rodzice wyjechali do miasta po zakupy.Internet zasięgu tu nie ma.

                                       Do zupy, wypiekany w domu przepyszny chleb.

           Wieczorem rozpalamy na podwórku ognisko,bo robi się bardzo zimno.Wszystko pod kontrolą.Marek czuwa.

           Przy okazji gotujemy wodę na herbatę.Nasze rozmowy trwają do późnej nocy.Do pomieszczenia,w którym śpimy,Clint przynosi koce ,poduchy i kołdry.Śpimy długo i dobrze.

              Dom,w którym mieszka Clint.Nie myśleliśmy,że można tak mieszkać.Wychowało się tu 9 dzieci.Przed wejściem do pomieszczeń zdejmuje się buty,wszędzie leżą miotełki i jest czysto.

    Z góry wygląda to jak po huraganie,ale dachy domu przykrywa się różnymi przedmiotami,aby nie porwał je wiatr.Nie myśleliśmy,że trafimy w takie miejsce,jakiś koniec świata.Nie mają o tym pojęcia ludzie mieszkający w apartamentach dużych miast.To ,jak żyją w takich lepiankach ludzie,uświadomiło nam ,że szczęście to być,a nie mieć.To miejsce mnie najbardziej poruszyło.

           Poznajemy tatę Clinta,bardzo skromnego,prostego ,pełnego ciepła człowieka.Jesteśmy pełni podziwu,że razem z żoną wychował tu swoje dzieci.Wszyscy skończyli studia i rozjechali się po kraju.Studiuje jeszcze Rogaje. Wyobrażamy sobie,jak bardzo ciężko musieli całe życie pracować.

                                                                                Mama Clinta
                                                                         

                              Siostra Clinta-Rogaje. Obecnie studiuje medycynę w Zahedan.

                                               Z mamą Clinta, ciepłą i pełną godności kobietą.

               W specjalnym piecu mama Clinta wypieka chleb.Jeszcze ciepły smakuje wybornie.

    Pieczenie chleba.W piecu jest bardzo gorąco,ciasto przykleja się do ścian pieca i wyjmuje,kiedy jest upieczone.

                                                    Rogaje z naręczem ciepłych chlebków

     Jedziemy zwiedzać Mount Khajeh,na którym są ruiny.Clint twierdzi,że wzgórze jest na jeziorze.Jezioro jest okresowe i wyschnięte.Mount Khajeh oddalone jest od wioski o 16 km. Zachód słońca.Stare ruiny wyglądają imponująco i są miejscem wycieczek mieszkańców okolicznych wiosek.

      Rozciągają się stąd niesamowite widoki.Prawdopodobnie ruiny pochodzą z czasów,kiedy religią dominującą był zoroastrianizm.
Ruiny są ogromne,nie prowadzi się tu żadnych prac.Wejść można wszędzie,ale trzeba uważać.Miejsce robi na nas ogromne wrażenie.Przyjeżdżamy tu samochodem o zachodzie słońca.Na górę pnie się wykuta w skale droga.Na szczycie mauzoleum jakiegoś muzułmańskiego świętego.Jest piątek,dzień wolny,spotykamy tu mnóstwo piknikujących mieszkańców okolicznych wiosek i Zabol.

       
       Parę km za wioską idziemy na pole rodziców Clinta i urządzamy tam sobie wieczorem ognisko.Grillujemy pyszne skrzydełka kurczaków.

           Rano śniadanko i jajecznica.Pomieszczenie skromne,ale perski dywan jest.

 
      Clint kończył w Esfahanie turystykę,razem z naszym znajomym, Adelem z Mashad.Przyjechaliśmy tu tylko dla niego,bo jest niezwykle pogodnym,sympatycznym,wspaniałym człowiekiem.Niestety nie może znaleźć nigdzie pracy.Ten rejon Iranu jest pomijany i dyskryminowany.Ciężko nam to zrozumieć,bo chłopak jest fantastyczny.

             To Clint ucharakteryzowany na lokalnego bandytę.Był wdzięcznym modelem,a my mieliśmy dobrą zabawę.Miejsce,gdzie mieszka nasz znajomy, to Sistan i Baluchestan Province.Blisko tu do Afganistanu i Pakistanu.Rejon słynie z handlarzy broni,narkotyków i różnej maści bandytów.

     Model wdzięczny, publiczność złożona z siostry i rodziców też nieźle się bawi. Niestety stereotypy w irańskiej rzeczywistości są dla mieszkańców tego regionu bardzo bolesne. Na próżno im szukać pracy w Teheranie, czy Isfahanie. Skoro jesteś z Beluczystanu, to nikt nie będzie miał do Ciebie zaufania. Prawda jest taka,że miejscowy rynek ma bardzo niewiele ofert pracy. W zasadzie ograniczają się one wyłącznie do pracy na własnej roli, albo ograniczonej ilości kilku zawodów rzemieślniczych i kierowców. Pracy jest mało, więc czasem ludzie w desperacji podejmują się zadań niekoniecznie zgodnych z prawem…a że granice blisko, więc zawsze jakiś przemyt wchodzi w rachubę.

   
     Niezwykle sympatyczni mieszkańcy wioski.Turyści tu nie zaglądają,wiec to my stanowiliśmy nie lada atrakcję.Ludzie zajmują się głównie rolnictwem.

    Mieszkaniec wioski,w której mieszka Clint.Wygląda trochę cudacznie,jak Ali Baba na emeryturze.Rzeczy ,które ma na sobie,nie zdejmował chyba od wielu miesięcy.To nadzwyczaj wdzięczny model. Wydawał nam się postacią z Baśni z Tysiąca i Jednej Nocy – jakby nie było akcja części z tych baśni rozgrywała się w tej części świata.

Ta opowieść kończy się dosyć zaskakująco. Clint dwa tata temu przedostał się nielegalnie do Niemiec i uczy się pilnie języka niemieckiego. Jaka będzie jego przyszłość, zależy głównie od niego.

0 0 vote
Article Rating
Tags:
Subscribe
Powiadom o
guest
20 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Viola z My British Journey

Czy pisałam Ci już jacy jesteście fantastyczni, ta relacja jest wspaniała, ile ciekawych treści i prosto ze źródła. Btw, to piękni ludzie, naprawdę jak patrzę na ich pełne mądrości i życzliwości twarze.
Bardzo podoba mi się nowa odsłona bloga!

Marta - Podróże od kuchni

Najwspanialej poznaje się kraj poprzez ludzi 🙂 Zazdroszczę wam takich kontaktów. PS Spróbowałabym tego ciepłego “chlebka”!!!

blogierka

Bardzo ciekawy post i zdecydowanie pozostawił na mnie niesamowite wrażenie- kawal dobrej roboty!

Agata

Aż mi się gęba sama uśmiechała czytając relację i oglądając nieziemskie fotki. Masz znakomite oko i pióro. Powinnaś dostać jakąś nagrodę za to. Ze swojej strony dodam jedną uwagę techniczną – źle się czyta białe litery na ciemnym tle, po kilku zdaniach oczy bolą 🙁 Jeszcze raz gratulacje, jesteś mega zdolniacha!

Katarzyna

Przepiękne portrety!
Jak byłam w chatach Berberów, a właściwie jaskiniach, doznałam aktu pokory i wdzięczności do własnego życia. Mamy tak wiele, a wiecznie jesteśmy niezadowoleni…

Wędrówki po kuchni

Moją największą uwagę oczywiście zwróciły zdjęcia z lokalnym pieczywem, które wygląda bosko! Oj jak ja Wam zazdroszczę – nie dość, że upijacie się wspaniałymi widokami tego świata, to jeszcze możecie go zasmakować.

Anna

W taki sposób najlepiej poznaje się ludzi i ich życie. Wspaniała relacja. Bardzo ciekawa opowieść o prostych i bardzo prawdziwych realcjach. Życie bez maski.

Bookendorfina

Ależ wrażenia, dotarliście do miejsc, które w niezwykły sposób pokazują, jak różnorodnie przedstawia się świat, jedni mieszkają w takich lepiankach, jest im ciężko, ale i tak nie tracą ducha walki o szczęście, drudzy nawet nie zdają sobie sprawy, że w takich warunkach można żyć.

Marlena H.

Fascynujące zdjęcia. Przyznam szczerze, że nie miałabym odwagi, żeby podróżować w tamte strony. Szczególnie, gdybym zobaczyła takiego “bandytę”.😉

Miye

Bardzo ciekawa historia. Faktycznie mamy szczęście mieszkać w bardziej rozwiniętym kraju, ale być może równie wiele z życia tracimy.