Iran – Droga do Tabas

 Jest wtorek 24 Listopada. Rano Marek jedzie z Adelem na Uniwersytet Mashhad, a tam do redakcji gazety uniwersyteckiej, by spotkać się z redakcyjnymi fotografami i podzielić swoimi doświadczeniami. To nasz czwarty dzień w tym mieście i ponownie jest zimno i szaro. Wreszcie około południa możemy wyjechać z Mashhad.

Wyjazd z Mashhad

     Musimy przejechać z jego północno- wschodniej części do wyjazdu na południe, co zajmuje nam bez mała dwie godziny. Teraz jeszcze 45 minut jazdy autostradą i wreszcie dojeżdżamy do miejsca, w którym rozdziela się ona. Jedna nitka zmierza ku zachodowi do Teheranu, druga zaś na południe – do Zahedan, Kerman, oraz Isfahan i Yazd. To właśnie ta południowa droga jest dzisiaj nasza przepustką do innego świata – prawdziwej krainy baśni z tysiąca i jednej nocy, jak również po przekroczeniu niedalekiego pasma gór do krainy słońca, ciepła i czystego ( jak na irańskie warunki ) powietrza.

Koszmar

Po przejechaniu jakichś 170 km czujemy już zbliżający się wieczór. Mamy również dosyć autostrad i wybieramy zjazd w kierunku miasteczka Kashmar, którego nazwa wymawiana jest przez miejscowych „Koszmar”. Po tej wielce obiecującej nazwie nie liczymy na łatwe znalezienie noclegu. Trochę  czasu zabrało nam znalezienie hotelu ( obok którego przejeżdżaliśmy wiele razy) lecz w końcu jesteśmy na miejscu i tu spotyka nas największe zaskoczenie. Hotel jest największą okazją, jaką mieliśmy dotychczas w Iranie. W miarę nowy i bardzo czysty, oferuje dwa standardy pokoi – za 7 i 10 euro. Wyższy standard oferuje naprawdę dużą łazienkę, wygodniejsze łóżka i lepsze wi-fi…a więc szalejemy i wybieramy opcję luksusową .

      Po zakwaterowaniu szukamy knajpki , w której możemy coś zjeść. Centrum miasteczka nieprawdopodobnie nas zaskoczyło. Miasto jest czyste i schludne!!! Prócz tego witryny na głównych ulicach handlowych świadczą o zamożności mieszkańców. Gwoli sprawiedliwości musimy przyznać, że i Mashhad pod tym względem również nas zaskoczyło – to zdecydowanie najczystsze wielkie miasto Iranu, jednak tutaj, na skraju ogromnej pustyni to wrażenie wchodziło na terytorium surrealizmu. Zagraniczni turyści nie są w tym miejscu często spotykani – wydaje nam się, że nie ma ich więcej, niż sztuk kilka na rok, stąd idąc ulicą stanowiliśmy nie lada atrakcję dla Koszmarów…a może Koszmaranów, albo Koszmaraków? sami nie wiemy jak to odmienić. Będąc już nieco zmęczeni irańską kuchnią i odwiecznym dylematem, czy chcemy zjeść kebab, lub też może kebab, albo jeszcze ….kebab, postanawiamy odwiedzić miejscową pizzerię. Do tak śmiałego kroku zachęciło nas nasze doświadczenie z Gonbad Kavus, gdzie pizza była świetna! Niestety szczęście, zupełnie inaczej niż nieszczęście, parami nie chodzi – trzeba było wybrać kebab.

    Wracamy do hotelu. Nocą temperatura powietrza spada mocno poniżej zera i wczesnym rankiem zaczynamy od zapalenia samochodu, by mógł się dobrze rozgrzać. Jeszcze tylko standardowe irańskie śniadanko ( ku naszemu zaskoczeniu podane nam na godzinę przed otworzeniem hotelowej restauracji, byśmy nie musieli opuszczać tego miejsca głodując) i wyjeżdżamy. Przed nami pustynia, słońce i po dwóch  godzinach 20 st. C, oraz dobra i mało uczęszczana droga. Wkraczamy w krainę, w której historia cywilizacji jest na wyciągnięcie ręki. Można w nią wejść, dotknąć i doświadczyć. Co chwilę mijamy ruiny obiektów liczących sobie czasem kilkaset, a innym razem kilka tysięcy lat. W każdym z tych miejsc jesteśmy sami – nikogo wokół, chociaż niektóre miejsca są najwidoczniej zamieszkane. Po pewnym czasie nasz poziom zainteresowania nieco spada – zbyt wiele jest tych miejsc. Prócz tego tylko o kilku z nich dostępna jest jakakolwiek informacja. Nawet kilka tysięcy lat historii przestaje powoli pobudzać wyobraźnię…przecież to takie normalne, o zdecydowanej większości nie przeczytacie niczego. Jaka szkoda, że nie można wgrać do pamięci komputera zdjęć satelitarnych z Google Earth. Takie zdjęcia dałyby nam nieco lepszy podgląd sytuacji.

Kraina szafranu

   Od Kashmar zaczyna się również kraina szafranu. Wprawdzie sezon zbierania plonów zakończył się ok. 10 dni wcześniej, ale zróżnicowany mikroklimat powoduje, że od tego miejsca aż do Bam często będziemy mijali pola ciągle jeszcze czekające na żniwa. Czym dalej jedziemy na południe, tym bardziej kraj robi się pustynny. Wioski stają  się coraz mniejsze i coraz dalej od siebie położone. Zaczynamy też dostrzegać, że poruszamy się w 4 wymiarze – w czasie. Wyraźnie się tutaj cofa. W niektórych miejscach poza paroma rekwizytami współczesności to podróż wręcz do czasów przedchrystusowych. Maleńkie osiedla kopulastych domków z glinianych cegieł, to tutaj norma. Budynków znanych nam ze współczesności nie widać przez najpierw dziesiątki, a potem setki kilometrów.

    Przed nami pojawia się posterunek zmilitaryzowanej policji i wojska. Trochę są zdziwieni naszą obecnością, ale uśmiechnięci. Proszą o paszporty. Pytają o to, czy mamy kserokopie dokumentów. Wprawdzie mamy, ale w niewielu egzemplarzach. Chcemy jednak zorientować się, co będzie się działo, jeśli powiemy, że nie. Okazuje się, że nie ma problemu… oni sami skserują. Jeden z żołnierzy bierze nasze paszporty i idzie w kierunku posterunku…. jakieś 500-600 m od drogi. Drugi żołnierz próbuje nas zabawiać rozmową, ale jego angielski – całkiem niezły, gdyby porównać do angielskiego obecnych władz naszego kraju, na konwersacje poza tym jak bardzo podoba nam się Iran i gdzie byliśmy dotychczas na coś więcej jednak nie wystarcza…aha było jeszcze „gdzie jedziemy dalej”, ale to zdaje się było pytanie służbowe, a nie konwersacja. Po jakiejś godzinie i 15 minutach przychodzi wreszcie ten drugi z naszymi paszportami i możemy jechać dalej.

Droga przez pustynię

       Po drodze mijamy parę słonych niecek, które zapewne po deszczu wypełniają się wodą tworząc okresowe jeziora. Dalej na horyzoncie z lewej strony pojawiają się góry, które powoli zbliżają się do drogi. Mijamy też tryskającą wodą studnię artezyjską. Na horyzoncie jest stadko wielbłądów. Zjeżdżamy z drogi i mkniemy przez kamienistą, równą niemal w tym miejscu jak stół pustynię, aby sfotografować dzikie, jak nam się wydawało zwierzęta. Gdy tylko do nich dojeżdżamy z nicości materializuje się człowiek – właściciel wielbłądów i z dumą nam je prezentuje – urągając tym samym bezwiednie naszym planom zrobienia zdjęć  „dzikich” wielbłądów w środowisku naturalnym. Kilkadziesiąt kilometrów dalej mijamy wioskę wyglądającą jak coś żywcem wyjętego z opowieści biblijnych ( to powoli zaczyna być normą w tym rejonie) i skręcamy na wzgórze, aby zobaczyć ją z bliska. Domki ulepione z gliny, lub gliniano – słomianych cegieł. W zasadzie w ścianach nie ma okien…no może z rzadka jakiś bliżej niezidentyfikowany otwór, który być może służy za okno). W wiosce nie ma żywego ducha. Właściwie to przesadziliśmy z tym „żywym duchem”, bo zwierząt kilka sztuk jest. Ponownie kilkadziesiąt kilometrów pustkowia i widzimy coś, co bardzo przypomina cerkiew, ale jakby zbudowaną z piasku. Podjeżdżamy bliżej – oczywiście jest to ruina. Wyjścia z budynku zagrodzone barierkami, ślady na klepisku świadczą, że obecnie służy za owczarnię. W wiosce obok domy wyglądające jak baraki, tylko z gliny, no i oczywiście ( to już zaczyna być norma) żadnego człowieka jak okiem sięgnąć. Powoli zbliżamy się do Tabas. 

Oaza Ezmirghan

             Jakieś  20 km przed miastem widać boczną drogę  prowadzącą w góry. To tędy właśnie chcemy jechać. Droga prowadzi do oazy Ezmirghan ( transkrypcje tej nazwy widzieliśmy w kilkunastu odmianach). Droga naprawdę piękna wiedzie nas do oazy pełnej pól ryżowych, palm daktylowych , granatów i pomarańczy. Miejsce wygląda bajkowo, tym bardziej, że słońce jest już dosyć nisko, a światło staje się pomarańczowe. Jeździmy chwile po bezludnych uliczkach i wjeżdżamy w pewnym momencie w drogę , która zawęża się do tego stopnia, że musimy się wycofać. Auto jest całe zawalone z tyłu, tak wiec widoczność na cofanie kiepska, a droga bardzo kręta. W pewnej chwili słyszymy średnio głośne „łups” i auto nam się troszkę przechyliło. Marek wychodzi i po chwili słychać głośno wymawiane słowa uchodzące niegdyś za nieparlamentarne. Piszę, że niegdyś, bo w dzisiejszym świecie wiele się zmieniło. Okazało się, że jedno koło na zakręcie wpadło w kanał…no i jesteśmy ugotowani. Potrzebujemy pomocy – jakichś 3-4 w miarę silnych mężczyzn, ale dookoła jak zwykle żywego ducha… Za to jakieś 3 kilometry od nas, nad doliną z oazą, po jej drugiej stronie widzimy meczet, a przy nim wiele aut. To pewnie tam się wszyscy mieszkańcy podziali. Chyba nic nie zrobimy i musimy czekać do końca modłów, bo jedyna osoba w pobliżu , a i to po kilkunastu minutach szukania, okazuje się ledwo widzącą staruszką, na której pomoc przy podnoszeniu auta raczej liczyć nie możemy. 40 minut później widzimy, że ludzie zaczynają wychodzić z meczetu. Część z nich zapewne przyjdzie do domów w pobliżu. Parę chwil później pojawiają się trzej mężczyźni, którzy chętnie nam pomagają. Parę sekund wysiłku i jesteśmy uwolnieni. Możemy jechać do Tabas, ale o tym w następnej części.

      Kiedy wyjechaliśmy z Mashhad, takie widoki długo nam towarzyszyły. Śnieg na szczytach gór i przenikliwe zimno. Mieliśmy nadzieję, że się ociepli.  Iran poza miastami to w większości pustynie i półpustynie oraz surowe krajobrazy, sucha, jałowa ziemia. Jedziemy w kierunku Tabas. Po około 150 km drogi zaczynamy szukać noclegu.

      Jesteśmy w królestwie szafranu. Kierujemy się do miejscowości Kashmar. To wokół niej rozciągają się szafranowe pola. Ponad połowa światowej produkcji szafranu pochodzi z Iranu. Jest to jedna z najstarszych oraz najdroższa przyprawa świata. Kwiaty zbiera się ręcznie, obcina znamiona słupka kwiatowego i suszy je na sitach nad małym ogniem. One to właśnie stanowią kosztowną przyprawę. Na kilogram suchych znamion potrzeba około 200 tysięcy kwiatów. W odróżnieniu od innych gatunków krokusa, crocus sativus zakwita nie wiosną, lecz jesienią. Szafranowe żniwa zaczynają się w październiku i trwają zaledwie dwa tygodnie, bo tak krótko kwitnie ta bylina.

      Szafran ma silny korzenny zapach i smak, z wyraźną nutą goryczy. Przedawkowany nie tylko psuje potrawę, ale może zagrażać zdrowiu, toteż należy go używać z umiarem. Jeśli przyprawa tylko zmienia kolor potrawy, nie nadając jej aromatu, to zapewne mamy do czynienia nie z szafranem, lecz kurkumą albo zgoła z podróbką, sporządzaną z kwiatów nagietka i ostu wymieszanych z gliceryną oraz składnikami mineralnymi. Aby ustrzec się pomyłki czy fałszerstwa, najlepiej kupować szafran nie w postaci proszku, ale w nitkach, poza tym w nitkach dłużej zachowuje on zapach. Szczerze powiem, że my żadnego zapachu nie czuliśmy.

  Właściwości aromatyczne szafranu najpełniej uwalniają się w podwyższonej temperaturze. Najlepsze efekty daje przypieczenie szafranowych nitek w piekarniku nagrzanym do temperatury 40-50°C. Po kilku minutach szafran należy rozetrzeć w moździerzu i dodać do potrawy. Prostsze jest rozpuszczenie przyprawy w niewielkiej ilości gorącego płynu z potrawy. Wprawdzie nie daje to takiego efektu, jak podgrzanie szafranu na sucho, ale ułatwia równomierne rozprowadzenie go w całym daniu. Zapach szybko się ulatnia, dlatego szafran dodaje się w ostatniej fazie gotowania.

 
    Szafran harmonizuje z wodą różaną, mlekiem, miodem i alkoholem, zwłaszcza likierem. Wspaniale komponuje się z kardamonem, źle – ze składnikami nadającymi potrawie kwaskowaty smak, przede wszystkim z octem i czerwonym winem o dużej zawartości taniny. Nie warto kupować tej kosztownej przyprawy na zapas, ponieważ tyko przez rok zachowuje pełnię swych zalet. Obniża jej trwałość i walory kontakt z gumą, tworzywami sztucznymi, metalem, wilgocią oraz światłem. Szafran jest silnie higroskopijny, więc nie należy opakowania otwierać nad garnkiem z wrzącym płynem. Natychmiast bowiem chłonie parę wodną.

Mieszkańcy w tym rejonie utrzymują się z uprawy szafranu.Ta para pokazuje na swoje zbiory. Kończą się szafranowe żniwa, ale cenny jest każdy kwiat, a właściwie tylko czerwone pręciki wewnątrz. Od tych państwa dostaliśmy wiaderko kwiatów, z których potem przez tydzień wybierałam czerwone pręciki. Dodawaliśmy je do herbaty, a ja nie mogłam domyć rąk.

       To pole bawełny. Uprawia się ją w gorącym klimacie. Jakość bawełny zależy głównie od długości włókien oraz rodzaju przędzy. Im dłuższe włókna tym lepsze. Ponoć najlepszej jakości włókna na bawełnę pozyskuje się w Egipcie i właśnie w Iranie. Rozróżniamy też dwa typy przędzy: Ring spun – bawełna z przędzarek obrączkowych. Mocno skręcona, gładka, błyszcząca i delikatna. Jest trwała i miła w dotyku. Open end – tutaj splot jest słabszy, chropowaty. Bawełna jest bardziej szorstka w dotyku, łatwiej się mechaci, jest mniej trwała. Najlepszym przykładem dla dobrej jakości bawełny jest bawełna Pima oraz jej opatentowana wersja Supima (Superior Pima) – najlepsza długowłóknista bawełna na świecie.

        Z uwagi na klimat i specjalne wymogi, dotyczące ubioru , zaleca się używanie tylko naturalnych tkanin, bawełny i lnu. Co prawda klimat Iranu nie jest jednolity dla całego kraju, ale tylko naturalne tkaniny, nawet, jeśli przykrywają całe ciało, są przewiewne i może być w nich przyjemnie chłodno. Nie ocierają, nie zapocicie się w nich, nie nabawicie się odparzeń.

      Nocleg mamy w Kashmar. Ku naszemu zdziwieniu śpimy w schludnym, tanim hotelu. Miejscowość jest też bardzo czysta, co kontrastuje z innymi, w których byliśmy. Wieczorem idziemy na spacer. Na zdjęciu Seyed Hamze Tomb. W mieście są trzy grobowce. Shahid Modares na południu miasta. Sayed Morteza na północy. Przy bulwarze Sayed Morteza, nie dalej niż 100 m od głównego ronda, po stronie zachodnie, jest hotel. Trzeci grobowiec jest na zdjęciu.
Tu filmik o tym miescie: http://kashmar.ir/act.php?id=60

        Na zdjęciu brama do Seyed Hamze Tomb w Kashmar. Polecamy również Aliabad Tower z XIV wieku, oddaloną o 37 km od Kashmar. Niestety nie byliśmy, bo nie wiedzieliśmy. Ponoć bardzo ciekawy obiekt. Miasto słynie z ręcznie robionych, przepięknych dywanów oraz z produkcji rodzynek.Warto zobaczyć na plantacji daktyli, jak mieszkańcy je zbierają.

       
 Za Kashmar sporo szafranowych pól, zaczynają się też pustynne krajobrazy. Robi się coraz cieplej, co mnie osobiście cieszy.

            Drogi są tu bardzo dobre, ruch niewielki, powietrze czystsze. Jedziemy przez pustynie, w oddali widzimy białe pokłady soli.

        Naszym oczom ukazuje się spore stado wielbłądów. Uradowani, że trafiliśmy na dzikie, zjeżdżamy z głównej drogi i robimy zdjęcia.

    Trochę się ich bałam, ale kiedy okazało się, że to nie są dzikusy, tylko pokojowo nastawione zwierzęta, wyszłam z samochodu.

 
        Ten pozował pięknie. Wielbłądy spotykaliśmy wiele razy w Iranie. Są silnymi zwierzętami przystosowanymi do życia na piaszczystym terenie: mają grubą skórę na kolanach i szerokie kopyta, ich nozdrza mogą się otwierać i zamykać, chroniąc przed wdychaniem piasku. Grube futro pozwala zwierzęciu zachować temperaturę ciała podczas zimnych pustynnych nocy oraz izoluje przed upałem za dnia. Wielbłądy wykazują bardzo dużą odporność na brak wody przy wysokiej temperaturze otoczenia, ponieważ ich organizmy wykształciły wiele przystosowań. Przed niekorzystnym nagrzewaniem ciała promieniami słonecznymi chronią je dwie warstwy stanowiące izolację termiczną: pierwsza to ok. 10-centymetrowa, wełnista warstwa futra, drugą tworzy nagromadzona w garbie warstwa tłuszczu.

Ten chyba nie lubi aparatu. Mięso wielbłądzie smakuje trochę jak wieprzowina, ale jest słodsze. Kiedy byliśmy trzy lata wcześniej, dostaliśmy gulasz z wielbłąda, ale był tak tłusty i chyba z 50-letniego osobnika (tyle żyją), że przeprowadziłam tajną akcję wyniesienia gulaszu, aby gospodarzowi nie sprawić przykrości. To był ostatni wielbłąd w moim życiu na talerzu.

     
Pojawia się właściciel stada.
Czar pryska, to nie dzikie stado.
Nawiązanie kontaktu słownego w tych okolicach z kimkolwiek to cud, bo praktycznie nikt tu nie zna angielskiego. Uśmiech jednak robi swoje i sympatyczny pan pozuje nam do zdjęć z wielbłądami.

      Jedziemy dalej. Tu trafiamy do małej wioseczki na wzgórzu. Domki z gliny i słomy, ani śladu mieszkańców. Wygląda to wszystko jak z biblijnych czasów. Nie mamy pojęcia, gdzie są mieszkańcy, ale w dole na kawałku zieleniny widzimy osła, słychać kury, czyli ktoś tu mieszka.

           Ciężkie tu musi być życie. Takich osad w czasie naszej drogi widzimy wiele, ale trudno przy każdej się zatrzymywać. Wszystkie podobne do siebie, widzimy też sporo ruin. Tych ruin i opuszczonych wiosek będzie przybywać, bo młodzi wybierają raczej lżejsze życie w miastach.

   Po wielu kilometrach nasza uwagę przykuwa budynek, który wygląda jak cerkiew. Postanawiamy się mu przyjrzeć.Wjeżdżamy do wioski Mansorieh.

           „Cerkiew” dawno już straciła swoje pierwotne funkcje i obecnie służy jako owczarnia.

      Mieszkańców ani śladu. Nie wiem,  gdzie poszli, bo wokoło pustynia. Przez wioskę biegnie kanał nawadniający. Z tyłu wioski odkrywam zbiornik wodny i kaczki. Tu ktoś musi mieszkać.

                                     Jedziemy dalej. Góry w tych rejonach też kolorowe.

        Zbliżamy się do Tabas i znowu widzimy szafranowe pola. Mieszkańcy zbierają kwiaty, przyglądając się nam ciekawie.

   
  Wysoki koszt szafranu jest spowodowany koniecznością ręcznego zbioru dużych ilości drobnych słupków kwiatowych, jedynej części rośliny o wymaganym smaku i zapachu. Dodatkowo potrzeba wielkiej liczby kwiatów, aby zebrać handlowe ilości szafranu. Aby wyprodukować około 45 dekagramów szafranu należy wykorzystać około 50 tys. kwiatów, zajmujących obszar uprawny wielkości boiska do piłki nożnej. Inne obliczenia podają liczbę około 75 tys. kwiatów do wytworzenia tej samej ilości przyprawy. Jest to spowodowane różnicami w wielkości słupków poszczególnych roślin. Dodatkowym problemem jest jednoczesne kwitnienie roślin i fakt, że mija ono bardzo szybko. Ponieważ do wyprodukowania jednego kilograma szafranu jest potrzebna tak ogromna liczba kwiatów, intensywna praca staje się walką z czasem.

    Persowie używali go jako afrodyzjak. Najdroższa wagowo przyprawa świata. Szafran jest wykorzystywany od ponad 3000 lat jako część składowa przypraw, kosmetyków, leków i pigmentów koloryzujących. Według znawców pierwsi zastosowali szafran w kuchni Persowie w początkach ostatniego tysiąclecia p.n.e. i jest on obecny w perskiej kuchni do dzisiaj.

    Ok 20 km przed Tabas skręcamy w krętą drogę, która prowadzi w górę. Okazuje się że trafiamy do magicznej oazy Ezmirghan. Przy wjeździe do każdej miejscowości są portrety mieszkańców, którzy zginęli w wojnie iracko-irańskiej.

           Faktycznie jak z bajki Tysiąca i Jednej Nocy. Palmy, pomarańcze i granaty, szum strumyka, śpiew ptaków. Zachodzi słońce i rzuca cienie na to urocze miejsce.

   Ślicznie, czysto, a mieszkańców ani śladu. Spacerujemy po sennej oazie podziwiając wąskie uliczki. Idealne miejsce na nocleg wśród palm i pól ryżowych.

  Pakujemy się w jakąś wąską uliczkę i niestety musimy wycofać samochód, koło zawisa nad kanałem.Czekamy na jakąś pomoc, wypakowujemy bagaże.

Szukamy kogoś do pomocy, ale poza babuleńką nie spotykamy nikogo.Tymczasem po przeciwnej stronie oazy na wzgórzu, zauważamy meczet i sporo samochodów. Jak usłyszeliśmy roznoszący się głos muezina, to już wiedzieliśmy, że wszyscy mieszkańcy są w meczecie. Prawdopodobnie był to jedyny meczet w okolicy, bo samochodów było naprawdę dużo, wiec przyjeżdżają tu ludzie z innych oaz. Kończą się modły i powoli mieszkańcy wracają do wioski. Natychmiast udzielają nam pomocy. Trzech panów podnosi auto do góry i jesteśmy uratowani.

  Bardzo polecamy te oazę na nocleg, można poprosić mieszkańców, można rozbić namiot. Zachodzi słońce, a my udajemy się w kierunku Tabas.

5 1 vote
Article Rating
Tags:
Subscribe
Powiadom o
guest
71 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Kasia

Pięknie. Już od jakiegoś czasu jestem chora na Iran i ten post nie pomaga! Genialne zdjęcia!

Nigdy nie byłam w Iranie, wygląda zupełnie inaczej niż miejsca, które mam okazję odwiedzać podczas mojej podróży po świecie. Niesamowite krajobrazy, naprawdę niczym z bajki Tysiaca i Jednej Nocy.Te opuszczone wioski robią wrażenie i jak dla mnie trochę przerażają. Można odnieść wrażenie, że pod tą pustką skryta jest jakaś tragiczna historia.

Maria Kowalewski

Znowu zachwyt! Jestem ci bardzo wdzięczna za instrukcję obsługi szafranu, mam kilka maleńkich słoiczków, które czekają, a dzieki Tobie wiem, że szybko traca swoje własciwości. Nigdy wczesniej nie widziałam pola szafranowego, dlatego cieszę się, że mogłam obejrzeć te cudne zdjęcia.
Krajobrazy wydają się takie znajome, gliniane budowle przypominają te z Jemenu, a bezdroża Jordanię. Ja też widziałam niby dzikie stada wielbłądów, ale one zawsze miały waścicieli, którzy z usmiechem pozwalali się fotografować. Piękny i niezwykły jest Iran, bardzo lubie go poznawac z Tobą. Swietny tekst i zdjęcia.

karolina.miller

W te Wasze zdjecia i historie z podrozy moglabym sie wpatrywac i wczytywac godzinami i nadal nie byloby dosc 🙂planujemy Iran na przyszly rok, wiec notuje, zapisuje i dziekuje Wam bardzo za swietny wpis!pozdrawiam cieplo 🙂

To, co opisujecie w tym wpisie, to właśnie jeden z najfajniejszych i stosunkowo mało penetrowany przez turystów kawałek Iranu. Z autem mimo drobnych incydentów jest łatwiej, sam kiedyś do Ezmirghan szedłem 40 km pieszo, ale wspominam i tak miło, bo tamten region jest bardzo ciekawy przyrodniczo i nie nudziłem się po drodze 🙂

Oj tak 🙂 Bo ja lubię piesze wyprawy, najdłuższą jaką mam zaliczoną w życiu to prawie 900 km pieszo, liczę że może kiedyś i to pobiję, ale Beaty teraz to nawet na takie nie namawiam 😉

Nie, nie pielgrzymka 🙂 Syberia:-) Jadłem i spałem jak najbardziej, i to swietnie jadłem 🙂 Pewnie by się zgodziła, ale boję się że kwestie praktyczne mogą wziąć górę nad romantycznym obrazem takiej podróży…

kristinbb

Nie wiem jak to robisz , ale Twoje ? Wasze ? zdjęcia są świetne,
bardzo mi się podobają 🙂

Travel Bug

Iran zawsze wydawał mi się niedostępny i szczerze sama chyba nigdy nie zdecydowałabym się na wizytę w tym kraju, ale widoki są przepiękne. Faktycznie ma się wrażenie, że można się cofnąć do czasów biblijnych:)Nie wiedziałam, że jest on królestwem szafranu. W sumie nigdy nie próbowałam tej przyprawy bo wszyscy ostrzegają mnie, że w zwykłych sklepach to co sprzedają szafranem nazwać nie można, a on sam w sobie jest bardzo drogi i teraz już wiem dlaczego:)Nie zdawałam sobie sprawy, że Irańczycy jedzą wielbłądy – gulasz z wielbłąda, gratuluję odwagi, ale chyba pozbyłabym się go w podobny sposób jak Ty;)Świetnie czyta się… Czytaj więcej »

Joanna

Niektóre widoki naprawdę jak z baśni albo snu. I ta cudowna pogodna staruszka. Ciekawe, ja też nie czułam zapachu szafranu (a na pewno był to szafran) Nigdy jakoś specjalnie nie ciągnęło mnie na Bliski Wschód, ale ten post obudził we mnie nową tęsknotę, pozdrawiam i czekam na kolejne wpisy 🙂

Radek

Czyli szafran co od lat dozuje z puszeczki, to już raczej dla picu ;-))))…Bajkowa opowieść.

Olka

Jeśli chodzi o szafranowe klimaty, to miałam okazję odwiedzić Safranbolu, czyli turecką stolicę Szafranu. Lokumy z szafranem, kosmetyki z szafranem. Szafran był wszędzie 😉

Magdalena

Zazdroszczę tego, że poruszaliście się po Iranie autem. To musiała być wspaniała przygoda i zobaczyliście po drodze pewnie o wiele więcej, niż gdyby przemieszczać się autobusami.

Bardzo ciekawy opis podróży, choć długi i aż nie wiem do czego się tutaj odnieść. Iran nigdy nie był na mojej liście miejsc do zobaczenia, więc też wszystkie informacje i zdjęcia wydają mi się interesujące. Sama z siebie raczej niewiele bym umiała powiedzieć o Iranie, ale już na pierwszy rzut oka widać, że taka podróż musi być interesująca. Oaza wygląda przepięknie, kolorowe góry, puste przestrzenie robią wrażenie, choć to musi być dziwne uczucie zwiedzać tak puste, opuszczone miejsca, w których rzadko się ktokolwiek pojawia Nie miałam pojęcia, że szafran bierze się z fioletowych krokusów! Taka praca to z pewnością spore… Czytaj więcej »

Marek

Zazdroszczę takiego fajnego bloga . W Iranie nie byłem , ale w Stambule było super. Pozdrawiam !

pojedztam.pl

Dobrze, że to miasto pozytywnie Was zaskoczyło swoją czystością.

Kamila

Piękne zdjęcia i inspirujący wpis 🙂 Aż zatęskniłam za dalekimi podróżami. Tylko pozazdrościć. Może kiedyś się tam wybiorę :)))

Justyna

W fascynujący sposób opisana podróż. Wyjątkowo lekkie pióro, a może kiedyś powstanie z tego całą książka?
Piękne zdjęcia

Wędrówki po kuchni

Te szafranowe pola wyglądają cudnie. Czy tam szafran jest drogi? Dzięki Wam jestem zafascynowana tym krajem i marzę o podróży w tamte strony

Pięknie tam wygląda i okazuje się, że w Iranie nawet w Koszmarze może być miło 🙂

Słodko Słodka

Zdjęcia jak zawsze piękne i oddają cały urok miejsca. Wspaniała relacja z wyprawy 🙂

Anna

Piekna opowieść i piękna droga. I tyle szafranu na tych bezkresnych polach. Wspaniała podróż!

Kocham takie wyprawy trasami, na które nie docierają tłumy turystów. Iran jest wart poznania i ze względu na kulturę i ze względu na kuchnię 🙂

Iwona

Cudowne doświadczenia i genialne zdjęcia. Jesteście trochę jak “wyrzut sumienia” na mojej duszy… Bo przecież wasze wyprawy, choć pewnie kosztowne to jednak milionów nie wymagają! Cudne to!

Justyna Borucka

Przepiękne te szafranowe pola, bawełniane też 🙂 nie używałam nigdy szafranu, bo nie wiedziałam do czego i jak. Świetna instrukcja za którą dziękuję. Piękne również zdjęcia, poczułam się przez chwilę jak bym tam była 🙂 Wyjątkowy ten Iran 🙂

Klimaty Agness

Jak zawsze na Waszym blogu, niesamowicie ciekawe artykuły, przepiękne podróże i wspaniałe miejsca <3 I jak zawsze przeczytałam relację z ogromną ciekawością i przyjemnością 🙂
Pozdrawiam serdecznie, Agness:)

Ania

Irenko wiesz od dawna że ja uwielbiam Wasze podróże i to wszystkie, ale własnie to Iran podoba mi się najbardziej 😉 tak bardzo chciałam tam pojechać po podróży z Wami online i chyba tylko tak takie podróżowanie po tym kraju mi zostanie 🙁 smutne to… ale za to Wy macie wspaniałe wspomnienia…

AniaM.

No zaskoczył mnie ten Iran. Taki ogromny spokój przedstawiają Wasze zdjęcia. Wspaniała ta Wasza podróż. Wszystko mnie zachwyciło i oazy i szafran(który swoją drogą bardzo lubię),no i pola bawełny. Bardzo chciałabym to zobaczyć na własne oczy…

Papierowa Łowczyni

Cudowne miejsce, które wiele traci ze względu na sytuację polityczną, wojsko itd Myślę, że właśnie to wiele ludzi trochę odstrasza. Szafran taki piękny mały kwiat, a przy tym jak upragniony.. Cudowne zdjęcia, a do tego świetna relacja sprawiły, że razem z Wami przemierzyłam ten wspaniały kawałek

Marzena

O Iranie słyszałam wiele dobrego. A Wasza opowieść i ujęcia na zdjęciach tylko utwierdzają mnie w tym. Piękne przeżycia i wyprawa do pozazdroszczenia. Czytałam relację jednym tchem.

Bookendorfina

Szafran, jak uboga byłaby moja kuchnia, gdyby nie ta przyprawa, bardzo się z nią polubiliśmy. 🙂 Chciałabym zobaczyć na własne oczy ogromne pola tej przyprawy. 🙂

pojedztam.pl

Dobrze, że miasto jest czyste i schludne. To się chwali.

Kamila

Przepiękne zdjęcia i widoki! Bardzo zazdroszczę! 🙂

czerwonafilizanka

Saran to ta najdroższa przyprawa świata, nawet nie wiedziałam że z kwaskowatymi rzeczami nei komponuje sie najlepiej.

Miye

Uważam, że to niesamowite, jak w różnym klimacie może rosnąć ta sama roślinność.

Darina

To kraj, który chciałabym odwiedzić. Jestem ciekawa, co zmieniło się tam przez ostatnie 2 lata, od czasu Waszej podróży.

Co za niesamowita podroz ! Ten kraj ma w sobie tyle do zaoferowania. Niesamowicie oglada się te wszystkie krajobrazy,czyta o tych ludziach,miejscach i historiach.