Maroko – Merzouga

Merzouga to kolejny cel naszej podróży.Po nocy spędzonej w Fez i zrobieniu zakupów, wyruszamy w kierunku pustyni.To coś na co czekaliśmy. Duże miasta są dla nas meczące, a marokańskie dały nam się we znaki.Chcieliśmy więc trochę odpocząć.Czekało nas wiele godzin jazdy. Na obiad zatrzymaliśmy się w niezwykłej miejscowości Ifran. Mała Szwajcaria pośrodku Maroko, szok. Osiedla domków w stylu szwajcarskim, czysto, pięknie i jesiennie. Jest tu stacja narciarska, bo zimą pada śnieg.Kurort narciarski, alpejskie powietrze, oaza ciszy i spokoju oraz dziewiczej przyrody.Tego się tu nie spodziewaliśmy.Wszędzie wokół rosną lasy cedrowe.Obiad jemy w restauracji Le Chamonix. Idziemy na krótki spacer, ale sporo tu budynków rządowych i żołnierzy, którzy proszą o nie robienie zdjęć.W Ifran i pobliskim Azrou spotykamy też makaki, które w ogóle nie boją się ludzi.

My tymczasem jedziemy dalej, mijamy maleńkie osady, krajobrazy robią się coraz bardziej pustynne.

Na nocleg zatrzymujemy się w Kasbie Dounia, fajnym klimatycznym miejscu. Jemy dobrą kolację, a ja strącam ze stolika aparat fotograficzny Marka i już potem żadne zdjęcie nie jest ostre.Oczywiście nie robię tego celowo, ale Marek chce mnie zakopać z wściekłości żywcem na pustyni.
Rano jedziemy w dalszą drogę.Nie działa nam internet i zatrzymujemy się w miejscowości Ar Raszidijja.Szukamy siedziby Maroco Telcom, aby sprawdzono, dlaczego nie działa nam internet. Jeden z mieszkańców postanowił nam pomóc, prowadzi nas do biura tej firmy. Przy okazji idzie z nami do jakiegoś nieoznakowanego budynku, tam Marek kupuje kilka butelek zimnego piwa.

Mamy internet, mamy piwo,więc w drogę.

Po drodze mijamy wiele małych oaz, przejeżdżamy przez ostatnią większą miejscowość Arfud. Dalej zaczynają się prawdziwe, pustynne krajobrazy. Naszym celem jest Merzouga.

Merzouga jest wioską leżąca pośród saharyjskich piasków, 50 km od granicy z Algierią. Znana jest dzięki temu, że leży na skraju Erg Chebbi, długiego na 50 km i szerokiego na 5 km pasa piaskowych wydm, których wysokość dochodzi do 350 m.

Większość turystów przyjeżdża tu, aby na wielbłądzie udać się w głąb pustyni, gdzie nie ma nic poza piaskiem.Warto tu spędzić dwa, trzy dni.Noce na pustyni, pod gwiazdami to niezapomniane przeżycie.Role przewodników pełnią tu Berberowie.Sama wioska jest dosyć smętna, ale mnóstwo tu klimatycznych hotelików i pól namiotowych.

My mijamy reklamę jednego z nich. Hotel nazywa się Panorama.Pięknie położony na wzgórzu, z którego roztaczają się widoki na wydmy.Jest ciepło i cudnie Czy będzie miejsce wolne, to się okaże, bo obsługa czeka na polskich motocyklistów.Przyjeżdża spora grupa, ale miejsca nie ma.Będzie wolny pokój jutro.

Obsługa hotelu proponuje nam safari na pustynię. Uzgadniamy cenę, a trzeba się targować, bo ceny są mocno zawyżane i jedziemy samochodem z napędem na cztery koła, do małego turystycznego obozu. Na wielbłąda nie dam się namówić, jechałam raz w Tunezji i nigdy więcej.W obozie jest kilkanaście osób z różnych krajów. Berberowie przygotowują dla nas kolacje.My tymczasem spacerujemy po wydmach, podziwiając zachód słońca.

W tym dniu kocham Maroko!

Po kolacji zespół Berberów umila nam pobyt grając i śpiewając.Są bardzo sympatyczni, a najbardziej Said, który zabawiał nas, jak tylko umiał.Pozostali chłopcy troszkę odpływali, mam wrażenie, że pod wpływem alkoholu i zioła, zwłaszcza jeden z nich. Noce spędzamy w namiotach na pustyni.

Rano nasi przewodnicy powinni nam przygotować śniadanie, ale nie mogli się obudzić.Poszliśmy więc robić zdjęcia o wschodzie słońca.Kiedy weszliśmy na jedną z wyższych wydm, zobaczyliśmy mnóstwo takich obozów, poukrywanych między wydmami i stada turystów z aparatami. Zobaczyliśmy coś jeszcze, panów walcowych, czyli ludzi, którzy zacierali ślady stóp i wielbłądów, aby sprawić wrażenie, iż byliśmy zupełnie sami pod tymi gwiazdami. Rozśmieszyło to nas bardzo no i czar troszkę prysł.Dobrze prosperujący kombinat turystyczny.Można spędzić noc na pustyni bardzo daleko, zupełnie samemu, ale to kosztuje o wiele więcej.Mimo wszystko było pięknie.

Po śniadaniu wracamy do hotelu i dostajemy pokój.Wieczorem urządzamy sobie imprezę pod gwiazdami z motocyklistami z Polski.W kolejnym dniu żegnamy ich i zostajemy na jeszcze jedną noc.

Panorama to jeden z najfajniejszych hoteli w Merzouga, z miłą obsługą,czystymi pokojami i zasięgiem internetowym. Bardzo polecamy ten hotel.
Merzouga,mimo, iż leży na pustyni, jest prawdziwą gratką dla miłośników ptaków.Wiosną powstaje tu sezonowe jezioro i przylatują stada różowych flamingów.Tu znajduje się też największy w Maroko podziemny zbiornik wodny.W tym miejscu deszcz pada bardzo rzadko.

17 października opuszczamy hotel i jedziemy w kierunku Tinghiru i wąwozu Todra.

Tags:

11
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Irena N.
Gość

Ajednak pustynia to nie jest tylko piasek. Fajnie to opisujessz pokazujesz. A ja się cieszę, że udało mi się zobaczyć wydmy i Pola deflacyjne oraz ripplemarki….i chyba wedy, ale tego pewna nie jestem. Pozdrawiam serdecznie

Irena N.
Gość

A tych motocyklach…to też bym poszalała, gdybym umiała…

Unknown
Gość

Lekko i ciekawie opisane, a zdjęcia obłędne. Kiedyś już je oglądałam i teraz znów do nich wróciłam. Morze piasku skąpane w ciepłym świetle i poorane cieniami powoduje pojawienie się uśmiechu na mojej twarzy. Tak mam, gdy widzą coś zachwycającego 🙂
Jazda na wielbłądzie to chyba za karę, też się raz na nim przejechałam i mam dosyć do końca życia 😉
Pozdrawiam,
Renata-Harmony.

Anna
Gość

Udało Ci się zrobić naprawdę piękne zdjęcia, aż chciałoby się tam jechać. 🙂

Madka roku
Gość

Cudowne macie te podróże! A zdjęcia fantastyczne, aż zazdrość bierze patrzeć 🙂

Edi i Marco
Gość

Piękna pustynia.
Troszeczkę jak na wydmach w Łebie, ale to tak troszeczkę, bo polskie wydmy nie są takie rozległe i urokliwe z dodatkiem ciekawej egzotycznej zieleni.
Pozdrawiamy.